Posty

Niekochanka

 Pan sąsiad jest z siebie szalenie dumny, bo ma niekochankę.  Zaczęło się sporo lat temu, już chyba -naście, rzecz jasna na fajfie. Dziewczyna poprosiła go do tańca, bo pan sąsiad ma taką metodę, że zaraz gdy wejdzie na salę, prosi do tańca samotną panią z tych mniej atrakcyjnych. Wywija z nią na parkiecie, prezentuje się. Wtedy ładne panie patrzą na niego przychylniejszym okiem, niż spoglądałyby, gdyby próbował je prosić do tańca "na sucho".  Ta sama podeszła, więc się mocno dziwił, szczególnie, że ładna i młoda. Na wszelki wypadek od razu zastrzegł, że jest biednym emerytem (nieprawda). Pani się nie zraziła, tańczyli, gadali, nawiązali znajomość.  Los powodował, że ciągle na siebie wpadali, przypadki i półprzypadki, typu, że jemu samochód popsuł się w jej miejscowości, że ona przyjechała do siostry do Kgu akurat, gdy on tu przebywał i tak dalej. Stale. I wciąż ich ciągnęło do siebie. Ona wolna, on w papierowym małżeństwie z nielubianą żoną. Nic prostszego, tak? Ale...

Jesień służbowa

 ...co u mnie oczywiście oznacza coś nieco innego, niż pewnie u Państwa, bo raczej mało kto ma tak w pracy... I "O, czeka pani, bo to moja uczennica dzwoni...  Już. Tak żartuję, że uczennica, bo to było tak, że poszedłem do Gryfa..." Nasz pan sąsiad jest wielkim wielbicielem tańca. Przyjeżdża do Kgu, ma tu dwa swoje mieszkania i chodzi na fajfy, dancingi. Kiedyś za dużo pił, ale ogarnął się i teraz taniec oraz śpiew w chórze są jego wentylami. Serio. Nawet nie zdradza żony, po prostu tańczy. Jest po siedemdziesiątce, a sylwetkę ma rewelacyjną, lepszą, niż większość młodzieńców. Gdy czasem wywinie nam, jako tło swych barwnych opowieści, jedno, albo drugie taneczne pas, szczęka opada. "...patrzę, nikogo, tylko jedna taka, no, puszysta siedzi. Co robić, jak nie ma z kim tańczyć. Poprosiłem, a ta, że nie i że nie.  Ale mówię: "Chodź babo, nie marudź! Ja jestem były komandos i spławić się nie dam".  No i wywijamy, aż ona pyta: "Jak tańczę?",  a ja mówię: ...

Toruń

Jak widać po datach, informacje o samobójczej próbie Skąpego dostałam dzień przed wyjazdem. Gdybym wiedziała, jak się sytuacja rozwinie, od razu zajechałabym po Bibi. Na początku matka jednak tylko poinformowała mnie o zdarzeniu i tyle. Mniej więcej po Odrach gdy przedzieraliśmy się przez Bory Tucholskie, dostałam info, że będzie jechała, ale kiedy? No to spoko, może zdążę wrócić, nim coś się wyjaśni. Tymczasem dojechaliśmy do Kor. Zdecydowałam, że, jak często, zostawię u niej samochód. W miarę blisko wszędzie, parking dość bezpieczny, święty spokój. Nie chciałam u niej nocować, ponieważ udostępnia gościom straszliwie niewygodne łóżko, które podczas poprzedniego pobytu zadręczyło nam kręgosłupy.   Poza tym ona śpi w pokoju przy łazience, a ja zawsze wstaję w nocy, co najmniej raz. Nie da się nie obudzić, gdy ktoś korzysta z WC, wiem, bo tam mieszkałam. Skoro świt znów Kor wstaje i zaczyna pracę zdalną, a nie ma komfortu zrobienia sobie herbaty, czy przygotowania śniadania, po...

Dereń

WhatsApp 23.09.23 Matka: Skąpy próbował popełnić samobójstwo. Zjadł dwa opakowania tabletek nasennych. Jest w szpitalu. Ja: (Facepalm) 24.09.23 Matka: Jak to będzie, ktoś przyjedzie po psa? Ktoś ze mną pojedzie? Czy mam wszystko sama ogarniać? Chcę wiedzieć. Ja: To jedziesz tam? Kiedy i na ile? Nie kazałaś kupić sobie biletu. Matka: Jadę na pogrzeb. Według lekarza to kwestia dnia. Ja: Ale to czekamy, czy jedziesz od razu? Matka: Czekam. Ja: OK. No to jak dasz hasło, zrobimy jak poprzednio, że dasz psa do biblioteki i albo ja, albo Julia po niego przyjedziemy. Żebyś nie musiała na nas czekać. Do pogrzebu, to jeszcze ileś dni. Bo zrobią go chyba córki, nie? Trudno, żebyś Ty, nie znając Gliwic, latała za sprawami.  Matka: Czyli jadę sama, pociągiem. Ja: Tak. A pies zostaje pod naszą opieką.  Matka: Biblioteka czynna do 16.00. Ja: OK. Ogarnę. No to czekamy. (Gest bezradności) 25.09.23 Matka: Kup mi bilet na dziś. Ja: Czyli dziś jechać po psa? Matka: Tak. Do 18.00. Ja: OK. Już wysy...

W drodze do Torunia

  24.09 (niedziela) wybraliśmy się z H. do Torunia. Jakie to jest śmieszne. Wiosną jęczałam i obrażona byłam, że muszę jechać, bo Kor przyjechała i politycznie było ją odwiedzić, skoro wymiksowałam się z przyjazdu do Holandii. A teraz sama wymyśliłam, że jedziemy i cała byłam radosna. H. mówi, że bo nie musiałam. Była śliczna babioletnia aura, więc postanowiłam wykorzystać dzień na małą objazdówkę. Najpierw zajechałam pod Świętą Górę Polanowską. Specjalnie sprawdziłam w necie, o której jest msza i potem (naiwna) zdziwiłam się, że nikt nie parkował na dole, tylko wszystkie auta wjeżdżały na górny parking, pod kaplicę. Tyle w temacie rzetelności informacji na stronie parafii. Czyli tak: nie dość, że z wizyty w kaplicy nici, to jeszcze cały szczyt buczał "Móóódlmyyy sięęę" i tak dalej. A tam w kręgu, tyłem do kaplicy, przodem ku przyrodzie, twardo ja, z rozłożonymi rękami, sprawdzająca swoje nowe osiągi w czerpaniu z cudownych miejsc. Do H.: "Jak wybiegną z widłami, to ...

Misy i gongi

Następnego dnia po reikowaniu zabrałam Julię do Shuumu na misy i gongi. Odbywał się festiwal "Cenne ciało, świadome ciało" i jedną z atrakcji była bezpłatna kąpiel w dźwiękach. Śmiesznie trochę - w drinkbarze, więc tu maty, ludzie leżą, a tu barman poleruje szklanki. Koncert fajny, ponieważ grały dwie panie, ta nasza stała kołobrzeska i druga, przyjezdna, zatem miały więcej możliwości. Co cztery ręce, to jednak. Przyszłyśmy wcześniej, bo słusznie podejrzewałam, że najlepsze miejsca szybko zostaną zajęte. Zachowałam czujność i mogłyśmy vipowsko rozłożyć się na matach. Wzięłyśmy własne śpiwory i poduszki, luz. W drugim półokręgu ludzie polegiwali na klubowych kanapach, maksymalnie rozłożeni. Trzeci krąg stanowili nieszczęśliwcy, którzy przyszli na ostatni moment. Pozostało im siedzenie na krzesłach, co w przypadku misowych koncertów jest kompletnym nieporozumieniem. Tradycyjnie kilka osób posnęło, ktoś chrapał. Julii też z raz się chrapnęło, ale na szczęście zaraz przekręci...

Inicjacja

20 września poszłam do JuJing na czyszczenie kanałów chi, żeby być maksymalnie gotowa na inicjację reiki, na którą wybierałam się następnego dnia. Nawet faktycznie nie wypiłam ani pół lampki wina przez trzy dni poprzedzające wyjazd. I wieczorem zrobiłam sobie kąpiel w ostrożeniu. Jeśli już się bawić... Piękne lato było, niezwykłe. Jechałam na luzie, bo z zapasem czasu. Pod blokiem Ewy miałam dość czasu, żeby się jeszcze nagrać M. spanikowanej, że K. był pod jej nowym mieszkaniem, że ją znalazł. Wyśmiać ją w zasadzie, bo co za halo znaleźć kogoś, kto się wyprowadził, skoro nie zmienił miejsca pracy. Sherlocka nie trzeba. E. przywitała mnie miło, atmosfera domowa, buty zdjęłam, zaproponowała przejście na "ty", zrobiła herbatę. Zapytała, co mnie doprowadziło do reiki. Już jej to mówiłam przez telefon, kiedy umawiałyśmy spotkanie, ale skoro chciała jeszcze raz... Nie wspomniałam o matce. Nie chciałam. To by wszystko zmieniło. Kontekst. Wrażenie. Siłę tego, co mówię. Nie mów...

Certyfikat

 Jak pisałam, robię na zamówienie personalizowane talizmany. Człowiek mówi, czego mu w życiu brakuje lub co chce ochronić, ustalamy, w jakiej formie chciałby to mieć (bransoletka, zawieszka, brelok, coś do powieszenia w oknie...). Myślę, robię, dodaję dokładny opis co po co i na co. Kosztuje to 88 złotych, czyli w normie.  Jakiś czas temu przyszedł koleś, na oko koło 30tki, ładny taki i spytał, czy dajemy certyfikaty.  Hm. Zależy na co. Na każdy kamyk "od krowy" nie mamy gotowych. Mamy na wyroby ze srebra, złota, na bursztyn, na lampy solne. Mogę też napisać inny, jeżeli potrzeba. Że sklep zaświadcza o autentyczności wyrobu i tak dalej. Ale jemu chodzi o certyfikaty na talizmany.  W sensie? Robię je sama, więc mogę napisać certyfikat, że to hand made, że mojego autorstwa, czy co tam potrzeba.  Nie, chodzi o to, czy dajemy gwarancję, że zadziałają. ?? Bo według niego oszukujemy starszych* ludzi. I on to zgłosi do UOKiK. Porobił zdjęcia. I tu stało się coś przedzi...

Kastracja

  Kiedy decydowałam się na Falkę, planowałam, że będzie się chowała el naturel, bez kastracji. Nie chciałam jej rozmnażać, ale uznałam, że żadne chirurgiczne interwencje nie wchodzą w grę. My mamy miesiączki i owulacje, suczki mają cieczki, luz. Jeszcze gdy kupowałam matce Bibułkę, specjalnie umówiłam się z właścicielką na dziewczynkę, żeby w razie czego mieć w domu dwie sunie i uniknąć problemów z kazirodztwem. Ze wszech stron zaczęły jednak napływać horrorowe historie o ropomaciczu. Yy?! Koszmar jakiś. I że na kastrację należy decydować się wcześnie, bo jeśli suczka ma już ileś lat, wykonywanie takiego zabiegu jest niewskazane, choć ropomacicze niemal pewne. Głupio tak być odpowiedzialnym za kogoś i musieć decydować, choć żaden wybór nie jest całkiem dobry. Byłam u wety przed cieczką młodej, radziła zgłosić się w trzecim miesiącu po, żeby Falka dojrzała emocjonalnie. No dobra. Szczerze, nie stało się tak. Podczas samej cieczki zachowywała się inaczej, ale kiedy hormony zeszły, wr...

Izery magiczne

 Przed samym końcem wakacji udało się wreszcie pojechać w Izery. Znów przez większość czasu było, jak mawia R., magicznie, czyli mgły oraz padało. Dopiero ostatniego dnia śliczna pogoda. Nie lało jednak jak z cebra, więc daliśmy radę. Poza tym Izery zawsze są przepiękne, ponieważ ich pięknem jest nastrój, przestrzeń i pustka. Spodziewałam się obecności R. i małżonka, a może nawet toruńskiej M., więc wzięłam przestronniejszy apartament . Ma prawdziwie działającą saunę na podczerwień, co jest super. Bo do tej pory wszystkie sauny na podczerwień, w których byłam, nie robiły nic, a już na pewno nie grzały. Pierwszego dnia (28.08) wyjechałam skoro świt i bardzo źle mi się podróżowało, ponieważ miałam złą noc. Ekstremalnie niewyspana ledwo dotarłam na Smedavę. Naprawdę nie powinno się jeździć w takim stanie. No ale co. Młody spał przez całą drogę, z półminutową przerwa na wybieranie ogrodowego krasnala. Dygresja: Ostatnio dostał fazy na krasnala. Archetypowego, w spiczastej czerwonej cza...

Krótkie piłki

 "Wie pani, jak się rozwiodłem z tą swoją żoną, bo chciała, to różne paszczury były i już myślałem, że wszystkie, to są nie powiem co. I durne. No, zwątpiony byłem. I jak potem poznałem tę moją, jak to się mówi, kobietę, to ona była jak matka Teresa, tylko że się bzykała. Jak ona się bzyka, proszą pani! Ech... Trochę jej oczy otworzyłem, bo niewiele o świecie wiedziała i o seksie też, choć jest w moim wieku, ale teraz... Moja kobieta, powiedziałem, e tam, moja kochanka to jest, moja dupa. Ja tak czasem za dużo powiem, ale się pani nie gniewa. To da pani to serduszko. Trzysta złotych, sumienia pani nie ma. I od tego jakaś taką fikuśną torebeczkę. Ona jest... Ech... Może to też dlatego, że mało mamy czasu dla siebie, więc jak już się widzimy, to to wszystko tak aż..., pani mnie rozumie, żeby razem..., tak mocniej..., żeby..." *** "Widzę, że ma pani wahadełka. Ja też miałam kiedyś. Ojciec umarł i ja wzięłam jego wahadełko. Ale go nie oczyściłam, ani nic, bo nie wiedziałam. ...

Nużeniec

Wkrótce po powrocie z Dominikany (Boże Narodzenie 21') coś dziwnego zrobiło mi się z oczami, że mocno kłuły, szczególnie, kiedy spoglądałam na boki. Myślałam, że przejdzie, ale było coraz gorzej i w końcu, jak raz w Tłusty Czwartek 22', który był też dniem początku wiadomo czego, poszłam do mega przemądrzałego i wprost patologicznie zblazowanego okulisty. Orzekł, że to od suchego powietrza w mieszkaniu. Czy on aby na pewno żyje w tym samym matriksie, co ja? Tu się kupuje osuszacze powietrza do mieszkań. Tu się myje z grzyba i porostów ściany domów. No nic. Oddzielnie, zdawało by się, coś dziwnego urosło mi na prawej skroni (lewa trzyma się lepiej). Najpierw wyglądało niewinnie, jak krostka, ale nie znikło, rozrosło się i zaczerwieniło okolicę. Też liczyłam, że samo mi zniknie, bo przecież nienawidzę chodzić do lekarzy, ale w końcu trochę się przejęłam i pojechałam do ostatniego przejętego pandemią chirurga, żeby mi to wyciął. Przebadanie wycinka wykazało, że to nic groźnego...

Lustro

Chyba nie pisałam jeszcze o chudnięciu.  Jakoś w pandemii zaczęłam przybierać na wadze. Na początku pewnie zajadałam stres, bo, nim zachorowałam po raz pierwszy, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że to nie będzie dla mnie nic aż okropnego, bałam się. Nie samej korony, tylko tego, czego nam nie mówią, co to tak naprawdę jest, czego się trzymać, w co wierzyć, na ile jest ona śmiertelna, jakie ma prawdziwe skutki i reminiscencje. Szkoda, że nie słuchałam jeszcze wtedy zwariowanych Wglądów duchowych, albo ich następców, miałabym większy dystans. Julia bagatelizowała sytuację, ale znów za bardzo, a z drugiej strony (co za niekonsekwencja) bombardowała mnie stale informacjami ze świata, tylko zwiększając mój stres. Zboczyłam z tematu. W każdym razie jadłam. Nie kompulsywnie, ale. A porobiło się tak, że jedząc śniadanie, takie typu kromka chleba, masło, ser, warzywa, jajko i potem obiad typu warzywa z patelni i ryż, albo pierogi i z rzadka kolację (no i wino, bądźmy uczciwi, wino musi być) ...

Lenormand

Wróżę z kart Lenormand. Nie wiem, czy pisałam. Maria Anna Lenormand żyła we Francji w czasach rewolucji i potem Napoleona. Od zawsze miała zdolności prekognicyjne, więc rodzina szybko wysłała ją do klasztoru. Z którego jeszcze szybciej ją usunięto, ponieważ wywróżyła coś tam matce przełożonej, sprawdziło się i siostry wpadły w panikę.  Szczęśliwie - doczekawszy pełnoletniości odziedziczyła spadek, dzięki któremu mogła otworzyć księgarnię. Księgarnia ta była przykrywką dla wróżenia. Sławę i protektorat uzyskała przepowiedziawszy Józefinie, tej od Napoleona, że zostanie cesarzową, kiedy jeszcze nic tego nie zwiastowało. Nawiasem mówiąc, Robespierowi wywróżyła szafot i też, jak wiemy, trafiła. Dzięki poplecznictwu Józefiny i jej zauszników, ilekroć oskarżano ją o czary, albo o szpiegostwo, szybko wychodziła z więzienia. Wróżyła carom, arystokracji, wszystkim tuzom ówczesnej Europy. Zmarła pozostawiając pokaźny majtek, bezdzietnie. Spadkobiercą został jej siostrzeniec, zagorzały kato...

Niunia, Borne, wieś

Niewyspana (budziłam się, leżałam bezsennie i inne takie, bez sensu), zagoniona i zestresowana, pobiegłam przedwczoraj z Fifi na poranny spacer. Przyjechała winda z trzema letniczkami. Ja już łee, bo świadoma, że młoda będzie się na nie rzucać, w sensie skakać, żądać przytuleń i głasków. Wymusza to przeprosiny, tłumaczenie i ogóle interakcje, na które kompletnie nie miałam siły. Te tam ti ti ti, do pieska, Falka w amoku, ja stoję, gapię się w podłogę i czekam na parter. Z reguły jestem bardzo miła, uśmiecham się do ludzi, mówię im miłe rzeczy i tak dalej, ale akurat nie po tej fatalnej nocy i nie tego dnia. Czy auto zostanie naprawione, żebym mogła bezpiecznie jechać na ranczo? Czy Julia zdąży z nim wrócić tak, żeby na czas zawieźć Falkę do wety? Bo co z tą jej złą biochemią? Może jednak będę musiała na ostatnią chwilę jechać do wety taksówką? Jechać trzeba koniecznie, bo tam się rezerwuje wizytę ho, ho na przód, a odwoływanie, to też cała procedura. Czy taksówkarze godzą się w ogóle...