Posty

Wyświetlanie postów z marzec, 2024

Kwale i końcówka

25.02 słońce było za chmurami. Naprawdę. Może na moment wyszło, a tak, to przyjemnie się skrywało i można było nieco odetchnąć od jego palących promieni. Tjaa. Nie lubię mazideł z blokerem słonecznym i zupełnie nie ufam w to, że są dla nas wyłącznie dobre. Używam ich tylko, bo nie ma innego wyjścia. Tego dnia radośnie się zatem nie posmarowałam. Przecież po co. Raz, że mam już skórę oswojoną, pięknie opaloną, dwa, że prawie cały czas spędzam pod   parasolem, trzy, że skoro akurat nie ma słońca... Tjaa. ... Dobrze, że poprzedniego dnia w dżungli zrobiłam sobie śliczną sesją zdjęciową. Zrelaksowana, opalona, uśmiechnięta i turystycznie wyluzowana na max. Zdjęcia, które ku pamięci zrobiłam sobie rano 26.02, pokazują zupełnie inną osobę. Automatyczny skaner twarzy na lotnisku pewnie by mnie nie rozpoznał. Napuchłam od tego słońca, jak balon. Obca twarz. Kij tam z kolorem i z bolącą skórą, z tym, że zrzucałam ją jeszcze dwa tygodnie po powrocie do domu, ale to, że w ogóle nie przypo

Jozani, Kuza, The Rock

24.02 mieliśmy wycieczkę do Jozani N.P., do groty Kuza i do The Rock. Byliśmy na niej tylko we dwoje, więc super. Kiedy kierowca dowiózł nas do lasu , dołączono nas do grupy anglojęzycznej. Trochę szkoda, bo dosłownie obok formowała się polska. Mogłam się uprzeć. Tuż przy budynku kasy ogląda się mnóstwo wariujących małp, a potem idzie   się między drzewa. Są ścieżki, można w sandałach. Ogląda się tylko maleńki kawałek, pozostaje niedosyt, jak to na zorganizowanych wycieczkach. Krab w dziurze pod korzeniem. H.: "Ha! A jak w podstawówce pani zapytała Michała, gdzie żyją kraby i on powiedział, że w lesie, to dostał jedynkę!". Mrówcza   autostrada. Drzewa takie, siakie. Dwa zwinięte razem krocionogi. Państwo: "Łoo! Co one robią?!" Przewodniczka: "One robią bunga bunga". Grupa: "Ahaa". Potem busami na drogą stronę drogi i tam spacer po kładkach nad namorzynami. Kraby, kraby. Do Kuzy dociera się drogą gruntową. Jaskiń jest na Z. więce

Przyprawy, Stone Town i żółwie

22.02 po szczątkowym obiedzie pojechaliśmy na farmę przypraw oraz do Stone Town. Sympatycznie oraz interesująco. Bus wiózł nas oraz trzyosobową rodzinkę Serbów. "Czy mogę chodzić za nimi i nucić "Bosanac artiljerija" ?"  - oczywiście H. Młodzież ma swoje odloty i jednym z nich jest, że autentycznie nauczył się na pamięć tekstu tego utworu i często go śpiewa. Dla niego i jego kumpli jest to żart, jak my kiedyś mieliśmy "Jożina z Bażin". Mniej więcej. Z. malowniczo nazywany jest Wyspą Przypraw, ponieważ legenda głosi, że pierwsi biali, którzy przypłynęli do jego brzegów, zostali urzeczeni zapachami cynamonu, goździków etc., że to ich zwabiło. Farm przypraw jest mnóstwo, jedna obok drugiej. Byłam tylko w jednej, więc nie powiem, czy wyglądają tak samo. Przypuszczam, że te nastawione na oprowadzanie turystów tak, a całkiem gdzieś indziej rosną pewnie całe zagony przemysłowo uprawianych zielsk i tam się niczego nie zwiedza, nie chodzi. Wysiedliśmy i prz

Zatrucie

19.02 zaczęliśmy od obserwowania, jak funkcyjny mirek sprząta przyhotelową plażę. Na Z. plaże są wszędzie publiczne, ale hotele dbają o porządek na piasku pomiędzy resortami, a wodą. Nasz mirek zagrabiał śmieci i wodorosty naniesione przez przypływ, wykopywał małe dołki, wrzucał do nich fujki i zakopywał to. Uśmialiśmy się, bo działając w ten sposób zdecydowanie dbał o niezbędność swego stanowiska pracy. Przypływ wszystko wymywał, woda się cofała, znów było co grabić... Sprawdziłam, kiedy będzie max odpływ i poszliśmy plażą w lewo. Bo podczas przypływu woda dochodziła aż do skał i nie było możliwości spacerowania wzdłuż brzegu. Teraz przeciwnie, na piasku porozstawiane były landszafty i drewniane rzeźby, maski, na skałach wisiały letnie sukienki, pareo oraz wszelkie szmatki, na kocach opalały się ozdoby. "Jumbo! Hay! Zanzibar IKEA! Where are you from?   Italian? Czecha? A, Poland! Jak sze masz? Hakuna matata? Dobrze, dobrze? Dobrze, dobrze, panie bobrze! What's your name? Mi

Mnemba

Wieczorem tego dnia mieliśmy kolację na plaży. Każdego wieczoru od 21 na plaży były takie se animacje, ale dwa razy w tygodniu organizowano kolację nie pod jadalniową wiatą, tylko tam, gdzie normalnie stały leżaki. I wtedy albo była etno muzyka z etno tańcami, albo standardy rocka, na zmianę. Ten pierwszy raz nawet nieźle się bawiłam, dałam się wciągnąć do węża, tańczyłam w kręgu ludowy taniec, takie tam. Potem mi spowszedniało. 17.02 robiliśmy nic, czyli leżak, drinki, kąpiele w oceanie i w basenie, czytanie na głos "Córki głębin". Wycieczki u Diega wykupiłam na co drugi dzień, bo i tak nie było ich tyle, żeby zagospodarować wszystkie dni pobytu. Fajnie, że nawet nie musiałam się zastanawiać, czy mnie stać, bo ceny naprawdę korzystne w porównaniu na przykład z Dominikaną. Prison I. i Nakupenda, całodniowa, z lunchem i wstępem na Prison, 70 USD/os. Mnemba I., półdniowa, z owocami na przekąskę, 40 USD/os. Spice Tour (farma przypraw), z opłaconym wstępem i Stone Town,

Prison Island i Nakupenda

16 lutego był piątek, a my zaraz po symbolicznym śniadaniu (w My Blue było naprawdę okropne jedzenie) poszliśmy do foyer, gdzie Diego rozdzielił wycieczkowiczów na grupę włoską i innych. Ci do jednego busa, reszta do drugiego. Dał kierowcy kasę, podjechaliśmy na stację benzynową i dopiero w trasę. To ranne tankowanie było zawsze, jak w Tajlandii, gdzie jeśli wynajmuje się łódkę, każą wsiąść, kasują za przejazd, po czym dopiero idą z bańką po ropę. Dotarliśmy do stolicy i nasz bosy przewodnik,   którego Diego przedstawił jako nauczyciela i który po drodze sporo opowiadał o wyspie,   zaprowadził nas na przystań. Postaliśmy tam trochę, po czym okazało się, że jednak będziemy wypływać z innego miejsca, więc zaliczyliśmy mały spacer po obrzeżach starówki. Wreszcie łódka. Na każda morską wycieczkę warto zabrać klapki, bo do łodzi wchodzi się prosto z wody (czasem stoi się w niej aż po uda) i potem przy brzegu też schodzi się z łódki do wody, nie, że jakieś pomosty, więc trzeba albo boso, a

ZOO

15 lutego (prawie całe Walentynki upłynęły w podróży) przede wszystkim obeszliśmy zakamarki resortu, a potem zalegliśmy pod parasolem na plaży. Hotele na Zanzibarze nie mają prywatnych plaż. Chyba żadne, skoro nawet RIU. My Blue jest rozciągnięty w stronę lądu, plaży przy hotelu jest niewiele. To jak kamieniczki, wąska fasada i daleko w głąb. W niczym to nie przeszkadza, naprawdę. Na plaży i tak   się bowiem nie siedzi, ponieważ umarłoby się z gorąca. Porażenie murowane. Po prostu bez sensu. Przechodzi się przez nią idąc do oceanu, albo spaceruje się wzdłuż brzegu z przerwami na kąpiel. Gdyby była plaża prywatna i miałaby parasole, na pewno byłaby   oblężona, ale tak? Btw. kilka leżaków i parasoli ma tam knajpa CoccoBello, która wygląda, jak część resortu, ale nią nie jest. Byliśmy na all, więc nie korzystaliśmy z niej. Skoro plaża nie jest hotelowa, mają na nią wstęp tubylcy. W związku z tym, nawet przejście od hotelowych schodków do wody nie może obejść się bez kilku zaczepek. Cóż by

My Blue

13 lutego ruszyłam z H. do Gdańska przez ranczo. Kompletnie nie po drodze, ale nie było wyjścia. Od początku stycznia mieliśmy pod opieką psa matki, ponieważ była w rozjazdach (Krojanty, Gliwice). Miałam nadzieję, że psem przywiążę ją do rancza i będzie m.  w. spokój, a zamiast tego stale kołomyje, typu półtora miesiąca z dwoma zwierzakami tutaj. Julia zgodziła się zostać na dwa tygodnie sama w sklepie i opiekować Falką, ale kategorycznie odmówiła zajmowania się jeszcze Bibułką - 6 spacerów dziennie, bo one razem nie mogą. Doprawdy, nie miałam najmniejszego prawa tego od niej wymagać i związku z tym musiałam zawieźć matce jej psa i dopiero stamtąd ruszyć na lotnisko. Wylot mieliśmy jakoś po 4, więc zdecydowałam się wziąć pokój, żebyśmy przespali chociaż kilka godzin. Spaliśmy tam, gdzie mieliśmy parking - Noclegi i Parking u Andrzeja . Pan funkcyjny odczepił mi klem od akumulatora, bo to auto potrafi nawet od wieczora do rana mieć rozładowany akumulator i nikt nie wie czemu. Pokój by