Posty

Formentor

  Idea wyjazdu akurat na Majorkę wzięła się w sumie stąd, że prawie tam z młodym pojechaliśmy jesienią. Wpłaciłam zaliczkę i dopiero wtedy dostałam szczegółową rozpiskę, z której wynikło, że mamy przesiadkę w Paryżu. Słabo mi się to uśmiechało, bo taka bliska destynacja, nic szczególnego, a po drodze przesiadka? Bez sensu i większe ryzyko wszystkiego. No ale trudno, straciłabym zaliczkę, więc przełknęłam. Tymczasem jakiś czas potem biuro napisało mi, że organizator zmienił termin powrotu - przedłuża pobyt o dobę. Możemy się zgodzić i wtedy bez dopłaty mamy o jeden nocleg dłuższy wyjazd, ale odstąpić od umowy i dostać pełen zwrot kosztów. Szukając wycieczki specjalnie zaznaczyłam, że interesują mnie wyłącznie sześciodniowe, bo nie chciałam zaraz od początku przeginać z nieobecnościami H. w nowej szkole. Do tego kwestia tej paryskiej przesiadki... Słowem, radośnie zrezygnowałam z Majorki, wykupiłam sześciodniowe Gozo i super. No ale wiadomo, trochę się już nakręciliśmy. Cieszyliśmy s...

Chopin

Nadal było rano, przyjeżdżanie do hotelu nie miało więc sensu (i tak by nam nie dali pokoju). Zamiast tego wybraliśmy się do Valldemossy . Uchodzi za jedno z ładniejszych miasteczek wyspy, a szczególnie słynie z tego, że mieszkali tam Chopin wraz z Sand.  Udało się zaparkować na maleńkim, bezpłatnym parkingu przy cmentarzu, co było dużą radością, ponieważ sznur aut ciągnął wzdłuż ulicy i z każdą chwilą robił się większy kłopot ze znalezieniem miejsca parkingowego, nawet za pieniądze i na bardzo odległych od centrum uliczkach. Sporo ludzi od razu maszerowało na szlak, ponieważ V. jest dogodną bazą wypadową w Tramuntana. Poszliśmy na starówkę, po drodze kupując wielką bułę na bazarze z miejscowymi produktami. Myślę, że taki targ odbywa się tylko co rano w niedzielę, bo innego dnia rano przejeżdżałam przez V. i był tam normalny parking. W sklepie z badziewiem kupiłam kolejną ceramiczną jaszczurkę dla R., który własnoręcznie tworzy ogród z stylu Gaudiego i oczywiście zwariowane etno br...

Gabaryty

Bardzo nie lubię przeżywać urodzin tak po prostu w domu, w związku z czym na Wielkanoc wybrałam się z H. & M. na Majorkę. Sam wyjazd był ślicznie tani: 1280 zł/osoby za przelot w obie strony, transfer do i z hotelu, zakwaterowanie na siedem nocy i śniadania. Hotel trzygwiazdkowy, dziesięć minut pieszo od plaży i dosłownie tyleż autem od lotniska. Z zimnym basenem, bez własnego parkingu, boiskami, kortem, mini golfem, takie tam. Najbardziej lubię wyjazdy w konfiguracji młody plus ja. Najlepiej wtedy odpoczywam i w ogóle, bo będąc z M. czuję się przez cały czas jak na wulkanie. Niby jest miło i współpracujemy. Bierze na siebie lwią część kosztów, załatwia różne sprawy i prowadzi auto, dzięki czemu mam luz i mogę oglądać krajobrazy lecz z drugiej - wiadomo. Nigdy się nie wie, w którym momencie... No ale. Wylot był z Niedzielę Wielkanocną, z Poznania, bardzo, bardzo rano. Zarezerwowałam więc w Campanile dwa pokoje (wychodziło taniej, niż suita dla trojga, bez sensu) i pojechaliśmy, ja ...

Kostka i inne przypadki

Bardzo opalona, korpulentna starsza pani. Planowała zakup srebrnej bransoletki z bursztynem i pasującej do niej zawieszki. Dużo oglądania, przymierzania, celebrowania. "A czy to nie lepiej pasuje? A, nie, miała pani rację, tamto. A to? Aha, za drogie. A to? A ma pani może coś innego?" Wybrała bransoletkę i trzy zawieszki uznała za odpowiednie (do wyboru). Rzekła, że się zastanowi i poszła. OK. Następnego dnia przyszła. Wybieranie i mierzenie od początku. Od punktu wyjścia. Cała kołomyja. Zmiana decyzji iks razy. "Jednak ta zawieszka. Nie. Jednak tamta. A pokaże pani tę? Jeszcze jej nie oglądałam. A, nie, ta to nie". Wreszcie wybrała zawieszkę. Z bransoletką na razie zdecydowała się wstrzymać. Spoko. No ale jeszcze kwestia ceny zawieszki. Zaczęło się żebranie o rabat. Spoko, powiedziałam, jaki mogę dać. Z 285 na 250. Ona chce 200. Ja, że nie da rady. Ta swoje. I nadal. I jeszcze. To może zgodzę się na 230? Nienawidzę tego. Wszystko już powiedziałam, umotywowała...

Ostara

Czułam wielką potrzebę wyjazdu do Grzybnicy w pierwszy dzień wiosny. Namówiłam młodego na wagary (tak, ja jego, takie dziwne dziecko) i pojechaliśmy. Przede wszystkim udałam się do Drzewa . Raz, że zrobiłam amulet dla naszej trójki. Bardzo ładny zresztą. Zastanawiałam się najpierw, czy może zrobić taki większy, w sensie, że opowiadający także o naszych licznych przyjaciołach i za nich, ale potem stwierdziłam, że nie. Tyle skomplikowanych relacji, tyle wątków. Skupię się na ochronie naszej trójki, starczy. Od dołu go robiłam, więc tak też opowiem: pawie piórko i rząd białych koralików z balsy, to H. Jeszcze niedojrzały, śliczny, lekki, delikatnie muskający życie. Dwa na kamień wysuszone owoce ściśnięte dratwą i ciemnobrązowe koraliki z balsy - Julia. Zawsze zwarta, mocna, doświadczona (jest starsza ode mnie). Duża, lśniąca, kasztanowego koloru drewniana kulka, a nad nią jasnobrązowe koraliki z balsy - od razu widać, że ja. Wszystkie je złączyłam wyżej i przeprowadziłam przez szereg po...

Wietnameczka i duch wstrętnej matki

Pani 55 - 60 ze skośnooką dziewczyneczką, może dwunastoletnią. Mówiła do niej po angielsku, więc pomyślałyśmy, że babcia z wnuczką, która przyjechała z zagranicy. Panienka drobniutka, taka jeszcze nie nastolatka z prawdziwego zdarzenia, raczej dziecko. Warkocz za tyłek związany frotką z misiaczkiem. Pluszowa torebeczka z cekinami. Bardzo grzeczna. Nieśmiały uśmiech, dyskretne zachowanie. Długo grzebała w kamykach, coś wybrała, szukała jeszcze. W końcu zagadałam do pani, że może w czymś małej pomogę? Pani: Ech, pani myśli, że to dziecko, a ona ma 32 lata. Julia i ja: ??!! Pani: No. To żona mojego syna. Przywiózł ją z Wietnamu. Ja: Ale te dodatki i zachowanie... Pani: No. Nie uwierzy pani, ostatnio z nią byłam w urzędzie i był taki stoliczek dla dzieci, kredki, kartki. Siadła i zaczęła rysować. Wie pani, to jest takie dziwne. Ona tam w Wietnamie miała swoją firmę, ludzi pod sobą. Na ich standardy, to była wyzwolona feministka. Zrobiła kilka fakultetów, zna angielski, mandaryń...

W tym samym czasie

W tym samym czasie, co wesoła pięcioosobowa ekipa, Kg gościł naszą zaprzyjaźnioną bioenergoterapeutkę I. Trochę głupio było. Powiedziałam jej, że V. będzie w tym samym czasie i czy I. chce się z nią spotkać. A I., że yyy, niekoniecznie. Znaczy, widać było, że to dla niej tylko klientka. A V. tak ją uwielbia. Tak o niej opowiada, tak jest wdzięczna... Cóż. Trzymałam więc buzię na kłódkę, żeby nie zrobić dobrej i szczerej V. przykrości. Obie często i na długo bywały u mnie w sklepie, ale szczęśliwie jakoś się zawsze mijały. Niemniej czułam się w tym wszystkim troszkę niezręcznie. Niby luz i nie moja sprawa, ale mimo wszystko. Nie może być nudno, więc w tym samym czasie Wowa wywijał swój numer. Nie przyszedł do mnie, ani do Julii (może się bał), ale napisał do V. (bo słodka, przemiła i serce na dłoni), że potrzebuje pieniędzy. 1400 złotych. Przegięcie. V. poprosiła mnie o radę, doradziłam nie pożyczać, tylko spróbować nagonić mu klientów. Namówić jakąś przyjaciółkę, coś. Nie, żebym uw...

Xenna nie negocjuje, Jodorowsky się nie myli, zbyt drogie prezenty to zło

Przyjechała V. z mężem, a razem z nimi znajomi z córką. Łącznie pięć osób wcisnęło się do najmniejszego z matkowych apartamentów (pokój z aneksem kuchennym i łazienka). Wesoło mieli. To bardzo pozytywni ludzie, czego dowodem jest, że autentycznie im się podobało. Rzecz zaczęła się od tego, że V. i M. (nie mogę do końca życia pisać o chłopie "mąż V.", jakby był tylko dodatkiem; mam nadzieję,   że się Państwu nie pokręci z Mrówką) zaprzyjaźnili się z pewną panią prowadzącą w Kgu butik. Pani zaprosiła ich na swoją pięćdziesiątkę. Najpierw tylko się obśmiali z pomysłu, ale pani twardo nalegała, wysłała im imienne zaproszenia, każdemu oddzielne i zaczęło robić się poważnie. Przemyśleli, stwierdzili, że no dobra, jadą. Opowiedzieli o tym swoim bliskim znajomym, a ci podpięli się pod wyjazd i już, cała piątka wylądowała mi za ścianą - jeszcze mieszkam w ap. matki. Zaraz pierwszego wieczoru, chociaż zjawili się późno i byłam już w szlafroku, wciągnęli mnie do siebie na wiśniówkę....

Grzejniki

Przyszedł sąsiad i mówi: "Nie mam grzejników w mieszkaniu. Tym na Morskiej.   Serio. Jak kupowałem, nie zwróciłem uwagi, do głowy mi nie przyszło. A ciepło mam, bo pode mną jest kotłownia. Okazało się, że tam kiedyś mieszkał jakiś ważniak i zaraz jak budowano blok, kazał deweloperowi tak zrobić, żeby grzejników nie było. W ogóle, nawet wyprowadzenia nie ma. A ten deweloper, to wie pani kto (no, w Kgu wszyscy wiedzą), więc się dogadali i odbiór mieszkania też przeszedł. Jak były podzielniki ciepła, to się opłacało, nie ma kaloryferów, nie ma podzielników, nie ma kosztów. Ale teraz płacimy od metra. Od powierzchni. No to chcę moje grzejniki! I wie pani, co się okazało? Że ja je mam sobie razem z całym wyprowadzeniem zainstalować na własny koszt :-) A jak mi się nie podoba, to mam mieć pretensje do notariusza, u którego była podpisywana umowa, bo mnie nie poinformował. Wtedy ja się pytam: Jak w ogóle możliwe było, że podpisano odbiór budynku w takim stanie? No to oni robią:...

Już prawie szesnaście

Kiedy H. jest w szkole (technikum), korespondujemy.  Niedawno dostałam takie:  "Dwa Rabiaki pod rząd. To jest zawsze taaaka nuda. Stukasz tym drutem w jakąś wtyczkę, nie działa ci. Albo coś źle przepisałeś i nic ci nie działa, więc siedzisz jak kołek. I on mówi tak monotonnie... Patrzysz w bezkolorowe okienko pełne cyferek i dziwnych symboli. Siedzący za tobą Maciek bardzo chce ci coś pokazać, więc przykuwa twoją uwagę, waląc cię w plecy z całej swojej mikrej siły. Ten czas, co rano goni, teraz odpoczywa i przysypia. I nic się nie dzieje". Jakbyśmy tam byli, prawda? *** Wrócił H. ze szkoły i rzekł: Zagadały do mnie laski na korytarzu (tak je znam, z korytarza): "Cześć, H., co tam nowego?" No to mówię: "Wiecie, że broń czarnoprochowa jest normalnie dostępna w Polsce?" Ja: :-))) O matko! Serio? Rety! Bosz, synu, dobrze, że jesteś taki przystojny. Bo gdybyś był do tego jeszcze krzywy, to masakra. :))) H.: Ale to jest bardzo interesujący temat! Poza ...

Bilet w telefonie

W Dubaju wylądowaliśmy w środku nocy, a do Krakowa odlatywaliśmy po czterech godzinach przerwy, już rano. Przy wychodzeniu z autobusów, które dowiozły nas do samolotu, obsługa lotniska sprawdzała bilety i kierowała do przedniego lub tylnego wejścia. Trzymałam kartki w dłoni i nawet mi ich nie przeglądali, podałam tylko numery siedzeń, wskazali tyle wejście i poszliśmy. Miałam miejsce przy oknie, a młody i tak siedział gdzie indziej, zajęłam się więc oglądaniem tego, co na zewnątrz. Z kolejnego autobusu wysiadała kobieta z dwójką dzieci. Syn na oko ośmioletni, dziewczynka cztero-. Nic nie słyszałam, ale, jak w niemym filmie, wszystko było jasne.  Obsługa w odblaskowych kamizelkach zażądała okazania biletów. Pani dość lekceważąco odparła, że telefon jej się wyładował (lub zawiesił) i nie może, ale sprawdzali jej to przecież już pięć razy, więc bez przesady. I chciała wyjść. Obsługa powtórzyła żądanie okazania biletów. Zniecierpliwiona pani nieco ostentacyjnie wygrzebała telefon z...

Baza pod figowcem

Właśnie, woda. Trochę cyrk z tym był. Do śniadania można było sobie w dowolnych ilościach nalewać z dyspenserów wodę, pseudosoki, albo mleko z wodą (dorzucali lód, który się topił). Obsługa nalewała też z dzbanków kawę i herbatę (ohydne, nosiłam własny termos). Ogólnie normalnie, tyle, że to tylko śniadanie, nie da się napić na zapas. W pokoju były na stanie dwie szklane butelki z wodą pitną, takie na korek   i codziennie pokojowiec wymieniał puste na pełne. Te dwa litry wody przy prawie czterdziestostopniowych upałach, to było totalnie nic. Kończyły nam się w porze obiadowej. Gdyby komuś było mało, miał dzwonić do recepcji, a oni powiadamialiby obsługę (osobiste informowanie niemile widziane), ale widomo, jak to funkcjonuje - prosisz o pierwszej, dostajesz przed szóstą. Albo wcale. A to by trzeba dzwonić kilka razy dziennie. Do kolacji podawano w tempie żółwiooowym, po szklance wody i naprawdę trudno było doczekać się drugiej. Najpewniej chodziło o skłonienie gości do zamawi...

Himmafushi i Bandos

Płynąc na Himmafushi po prawej mija się Gili Lankanfushi , która ma domy na wodzie. Zaskakująco to wygląda. Byłam w wiosce na wodzie w Tajlandii, ale takiej tubylczej, a tu mega drogi resort i spanie w domu na palach jako atrakcja. Himmafushi wygląda z kolei tanio i gdyby ktoś szukał noclegów poza Male, ale nie za krocie, to na przykład tam, bo jest parę skromnych pensjonatów. No, coś za coś, więc plaża taka sobie i mieszkając w miasteczku żyje się inaczej, niż w resorcie, ale. Poziom życia Malediwczyków dość niski, szkoła porządna, brudno. To bardzo blisko Indii i zdecydowanie widać pokrewieństwo kulturowe, choć Malediwy są państwem islamskim. Obchodziliśmy wyspę z przewodnikiem, który dwoił się, żeby pokazać nam cokolwiek ciekawego, ale tak naprawdę po prostu ospacerowaliśmy kwartał uliczek lub dwa. Ciekawe to było o tyle, że można było pooglądać coś autentycznego, nie sztuczny świat wypielęgnowanych klombów i wyczesanego piasku (który też uwielbiam, żeby nie było). Na koniec zap...

Delfiny, rekiny i Male

Mieszkając na wyspie można było plażować, kąpać się, snurkować, nurkować z akwalungiem, pływać skuterem wodnym, kajakiem, na desce do windsurfingu, albo na SUP. Można też było wykupić wycieczki. Dokładnie przemyśleliśmy, na których nam zależy i na które nas stać, ale okazało się, że oferta to jedno, a realizacja drugie, bo na niektóre z nich nie było innych chętnych, a dla dwóch osób łódź nie będzie płynąć. Koniec końców byliśmy na pięciu. Na delfiny, do Male, na rekiny, na Himmafushi i na Bandos. Można było jeszcze na płaszczki, ale nas to nie interesowało, ponieważ po snurkowaniu z rekinami H. zraził się do tej idei. Pierwsze były delfiny o zachodzie słońca. W Walentynki jak raz, więc przynajmniej sporo plażowych leniuszków doszło do wniosku, że to dobry pomysł na zorganizowanie popołudnia. H. miał spory ubaw, bo pływaliśmy w poszukiwaniu delfinów po całym atolu, pan poszukiwacz stał na dziobie i wypatrywał, czas mijał, ludzie byli coraz bardziej zmrusztławieni. Te miny... Cóż,...