Cebula
Z drawskimi świętami wyszła ogólnie kupa. M. miał dosyć teściowej już po wizycie pogrzebowej. Rozstali się przecież w kłótni i wyjechał wcześniej, niż planował. I zapowiedział, że na Wielkanoc się nie pojawi. Potem jednak zaczął piętrzyć trudności w związku z wyjazdem na moje urodziny, dręczyło go, że zostawi matkę na święta samą i koniec końców do niej normalnie przyjechał. Dostarczyłam mu zatem młodego, zawsze co dwóch, to nie jeden. Przyjechał w piątek wieczorem, ja z H. w sobotę rano i już widziałam, że ma dość. Nie bez kozery. Postarał się zrobić coś w rodzaju świątecznego śniadania o dzień wcześniej, skoro w niedzielę miało mnie nie być. Siedliśmy do stołu, teściowa z nami, temat niewinnie zszedł na cebulę. Której na nim zresztą nawet nie było, tyle, że M. przypomniał, że jej nie lubi i się zaczęło. Rety. Z igły widły. Przez kwadrans truła, jaki jest dziwny i beznadziejny, że nie smakuje mu coś tak cudownego. Chłop ma pięćdziesiąt lat, a ta mu zawraca głowę koniecznie cebulą. J...